Smyki na szlaku: Czy 4-latek da radę Sowie?


No nareszcie – optymalne temperatury, tlenu w powietrzu jakby nieco więcej, a za oknami zaczyna robić się coraz bardziej kolorowo.

Dla naszej chłodno-lubnej rodziny to najpiękniejsza pora roku, taka w której zmysł aktywacyjny zdecydowanie się wyostrza :)

Inauguracja jesiennych aktywacji, nie mogła nastąpić gdzie indziej, aniżeli w górach. Tym razem, tj. w sobotę 23 sierpnia, wybór padł na Góry Sowie i ich najwyższy szczyt czyli Wielką Sowę – 1015 m.n.p.m

Relacja z wyprawy:

– Dojazd z Wrocławia zajął nam około 2 godzin (link do trasy TUTAJ.)

–  Nasze wędrowanie czerwonym szlakiem rozpoczęliśmy na Przełęczy Jungowskiej – 800 m.n.p.m.

Tam przy restauracji można zostawić samochód, niestety opłata za parking wynosi 5zł/dzień, na pocieszenie macie herbatę z cytryną w tej cenie.

Trudność trasy: niewielka różnica wzniesień pomiędzy przełęczą a szczytem sprawia, że trasę można zaliczyć do łagodniejszych, podejścia są bardzo delikatne. Szlak jest kamienisty, więc dla dzieciaków obowiązkowo dobre buty.

Długość trasy: to 4,6km – oczywiście w jedną stronę:) Nam podejście z dzielnym 4-latkiem zajęło 2 godziny.

– Najpiękniejsze widoki, falujących trawy na górskich łąkach czy panorama Gór Sowich, dostępne są w pierwszej części trasy, potem szlak prowadzi lasem. Tak więc mimo, iż to dopiero początek warto się na chwilę zatrzymać i podjąć wyzwanie zaszczepiania w małych smykach podziwu dla przyrody.

– Przystanek pierwszy – głaz narzutowy noszący nazwę Niedźwiedzia Skała. Wysokość ok. 4 m, a na skale tabliczka pamiątkowa poświęcona Hermanowi Henkel.

motto na tabliczce:

„W górach jestem znowu prawdziwym człowiekiem; tam stajemy się braćmi i wszystko co brzydkie i błahe opuszcza nas”.

 

– Następny etap to przejście do Koziego Siodła (leśna polana, na której schodzi się kilka szlaków).

– Dalej już wprost na szczyt. A na szczycie, jak to w tych regionach bywa, towarzystwa nie zabrakło. Ale wiecie co, komercja czasami ma też dobre strony, aż dziw mnie bierze że to piszę, ale gorąca grochówka na obiadek smakowała jak nigdy:)

Poza strawą dla ciała, było też obowiązkowe wbicie pieczęci do książeczki GOT, zakup odznaki i wdrapanie się na wieżę w celu zerknięcia na okolicę z lotu ptaka.

Po ok. godzinnym odpoczynku na szczycie, nasze kroki znowuż skierowaliśmy na szlak czerwony. Tym razem darowaliśmy sobie dodatkowe 30 minut marszu, aby odwiedzić schronisko na Sowie, gdyż pora była już zbyt późna.

Kolaz
fot. aktywuj.smyka.pl

To tyle, w ramach krótkiej relacji. Zdecydowanie polecamy jako trasę weekendową z dziećmi.

A jeśli nieco szerzej chcielibyście zgłębić tematykę wypraw w góry z małymi Smykami, wówczas zapraszamy do lektury artykułu : „Gór mi mało i trzeba mi więcej- czyli jak zarazić malucha wędrownym bakcylem„.

Do zobaczenia na szlaku :)

Skomentuj jako pierwszy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *