Jarmark Jadwiżański, Zamek w Leśnicy 05.10.2014r.


To był pomysł na aktywację naszych Smyków w piękne, niedzielne popołudnie. I chociaż poranne mgły przypomniały nam, że mamy jesień, to wraz z nadejściem południa nadeszła jeszcze upragniona „złota polska”, byśmy w pełnej krasie mogli podziwiać i korzystać z licznych atrakcji Jarmarku Jadwiżańskiego.

A, że Jarmark ten to jedna z największych imprez plenerowych w regionie poświęconych średniowieczu – nie mogło nas tam zabraknąć.

Ucieszyło nas wielce to wydarzenie – skoro we Wrocławiu jest ZAMEK, to musieli przybyć nań i RYCERZE. Co ich skłoniło do przybycia? Otóż… trzewik księżnej Jadwigi! Odbył się więc turniej, podczas którego kwiat męstwa rycerskiego (członkowie Polskiego Stowarzyszenia Walk Rycerskich), toczył walki typu full-contact używając przy tym prawdziwych mieczy, halabard, toporów, tasaków itp. Walki, które mieliśmy okazję oglądać, od średniowiecznych różniły się tylko tym, że współczesna broń rycerzy, dla ich bezpieczeństwa, jest odpowiednio stępiona. Cóż można by rzec o tych walkach – to nie były żarty, ojjjj nie były. Zbroje chrzęściły, żelazo uderzało o żelazo ze świstem przecinając powietrze, a widownia co i rusz zamierała i wstrzymywała oddech, by za chwilę wiwatować zwycięzcom… A proporce powiewały na wietrze, konie zaś prychały z obozowiska i czekały na swoich rycerzy.

Był KAT prezentujący różne narzędzia tortur, były pokazy PTAKÓW DRAPIEŻNYCH I SOKOLNICTWA. Jak to na jarmarku bywa byli i KUPCY oferujący nam przeróżne, tradycyjne wyroby i przysmaki. Całość zaś imprezy umilali średniowieczni MUZYKANCI, przechadzający się po całym terenie, wśród najmniejszych, bo kilkuletnich zaledwie rycerzy zaopatrzonych w miecze i hełmy oraz wśród dam ich serc, które dumnie nosiły charakterystyczne nakrycie głów z powiewającym na wietrze tiulem… I gdyby nie gofry w jednej ręce dzierżone przez towarzystwo, to naprawdę pomyśleć by można, że jesteśmy w średniowiecznym miasteczku :)  . 

Szerzej na temat atrakcji Jarmarku Jadwiżańskiego poczytać możecie TUTAJ.

Nam się podobało – choć sceny walk były dla nas chwilami zbyt brutalne /jeśli uświadomić sobie, że to nie na żarty miecze uderzały o hełmy rywali i Ci niemalże spadali ze sceny/.
Na koniec – zaopatrzeni w jadło i napitki udaliśmy się do siebie, by wspólną „smykową” ucztę z tych darów przygotować i raczyć się regionalnymi smakami. Za rok pojedziemy znowu :)

KOLAZ
fot. Archiwum prywatne Aktywuj Smyka

Skomentuj jako pierwszy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *