Czy Twoje dziecko będzie żyć krócej niż Ty? Zespół Deficytu Natury – działaj nim będzie za późno!


O tym jak bardzo różni się świat naszych dzieci, od tego jaki my pamiętamy z dzieciństwa, nie muszę nikogo przekonywać.

Niegdyś, po szkole, wracaliśmy do domu, rzucali plecakiem w kąt i tyle nas widziano – przynajmniej ja tak to pamiętam. Cały czas wolny spędzaliśmy na podwórku, w grupie rówieśników. Pomysły, na różnego rodzaju zabawy, rodziły się w naszych głowach w kosmicznym tempie. A to podchody, a to berek, a to gra w dwa ognie, zbijanego, ziemniaka, a to skakanie w gumę, jazda na rowerze, wrotkach, chodzenie po drzewach, malowanie cegłą, tudzież skradzioną ze szkoły kredą, na asfalcie, etc.

Do domu wracało się tylko wtedy, kiedy mama wołała na obiad. Jadło się go w ekspresowym tempie, bo przecież koledzy i koleżanki czekaj. Ostatnia łyżka zjedzona w locie i znowuż nas nie było przez kolejnych kilka godzin.  Definitywny powrót do domu następował dopiero w momencie, kiedy zapadał zmrok, który uniemożliwiał niektóre z zabaw, a rodzice już z surowością w głosie wołali do odrabiania lekcji.

Ach rozmarzyłam się…. Tak wiem, zawsze idealizuje się przeszłość, ale nie zaprzeczycie fajne to były czasy:)

A jak wyglądają popołudnia naszych dzieci?

Kiedy już wrócą z przedszkola czy szkoły, a nie rzadko jest to dopiero po dodatkowych zajęciach pozaszkolnych, zjedzą obiad, to zazwyczaj jest już bardzo późno. A one są potwornie zmęczone i najchętniej to zasiadłyby w fotelach i dla odpoczynku coś sobie obejrzeli, odmóżdżyli się, wyłączyli na chwilę z codziennej gonitwy. Szczerze mówiąc poniekąd się im nie dziwię. Mnie samą, 8 godzin przebywanie poza domem, też jest w stanie zmęczyć i to niemiłosiernie. A one przecież czasami w przedszkolu, czy szkole, z powodów czysto logistycznych – mam na myśli dowozy, przebywają nawet więcej niż te 8 godzin. Widok dziecka wracającego samotnie ze szkoły, z kluczem na szyi, odszedł już w niepamięć. Nie ma takiej opcji, aby dziecko zostało samo wypuszczone do domu, chyba, że rodzic podpisze stosowne oświadczenie. Oświadczenie oświadczeniem, ale kto z nas ma tyle odwagi, aby w okresie wczesnej podstawówki, zdecydować się na taki krok, zwłaszcza jeśli szkoła jest oddalona od miejsca zamieszkania i dziecko musiałoby do niej dojeżdżać, czy to tramwajem, czy autobusem.

A kiedy nasze dzieci wychodzą już na podwórko to pada magiczne pytanie – co na nim robić?

Do 10 roku życia, zgodnie z przepisami prawa, dziecko musi pozostawać pod stałą opieką osoby dorosłej (rodzica/opiekuna), w przeciwnym wypadku podlega ono sądowi rodzinnemu. W konsekwencji czego, jeśli wychodzą już na podwórko, to w towarzystwie mamy i taty, a najczęściej i młodszego rodzeństwa. To co może spacer wokół osiedla? A może przejażdżka na rowerze, hulajnodze, rolkach – ale nie za szybko, aby nic się nie stało, a rodzice z rodzeństwem mogli nadążyć. To może plac zabaw – czyli po raz tysięczny te same huśtawki, zjeżdżalnia, piasek. ALE NUDA!!! No to może by tak wdrapać się na jakieś drzewo – ale jakie drzewo? Tam gdzie całkiem niedawno jeszcze były, teraz jest nowy parking, bo mieszkańcy pisali petycje, że nie mają gdzie samochodów parkować. A te z drzew co jeszcze się zachowały, nie rzadko są ogrodzone np. siatką – przecież to prawdziwe pomniki przyrody, okazy okazjonalne. No dobrze, to może pobiegać na bosaka po trawie- ale jakiej trawie? Tam gdzie jeszcze nie dawno była, teraz deweloper stawia kolejny blok, przecież przestrzeń miejska musi byś maksymalnie zagospodarowana i wykorzystywana. A nawet jak się już ta trawa znajdzie, to i tak strach biegać, aby w jakąś kupę nie wdepnąć, o rozłożeniu koca to możemy zapomnieć.

Brak przestrzeni do zabaw i harców to jedno, a występujący u rodziców „syndrom Baby Jagi” to drugie. Przejawia się on obsesyjnym lękiem o zdrowie, życie i bezpieczeństwo dzieci. Tam nie wchodź, tego nie dotykaj, za szybko kręcisz się na karuzeli, o zwisaniu głową w dół na trzepaku to już zupełnie nie ma mowy. Nie jedź tego, bo to nie umyte, a tam to na pewno koty robią siku…

Patrząc na całokształt okazuje się, że wyjście na podwórko frajdą za wielką nie jest. Koniec końców wcale naszych smyków tam nie ciągnie. A i dla rodziców, wspólne z dziećmi wyjście na dwór, nie zawsze jest szczytem popołudniowych marzeń. Kiedy zmęczeni po pracy mają spacerować i słuchać narzekań, że nudno, że tego i tego mi się nie chce, to też im ciśnienie skacze. Wówczas, dla świętego spokoju i poratowania ostatnich, w tym dniu, skrawków cierpliwości, wolą włączyć dzieciom coś na komputerze, czy w telewizorze. Sami w tym czasie mają chwilę, aby odpocząć, czy  przygotować obiad.

Koło się zamyka. Ilość godzin spędzonych przez nasze dzieci w kontakcie z przyrodą jest zastraszająco mała. Na skalę światową dochodzi do chronicznego ZESPOŁU DEFICYTU NATURY (PRZYRODY).

children-593313_1280

Naukowcy alarmują, że obecne, młode pokolenie jest coraz bardziej odseparowane od natury, niewiele o niej wie, przez co boi się takiego otoczenia, a czasami zupełnie nie potrafi się w nim zachować.

Dzisiejsze dzieci nie mają zbyt wielu okazji, aby zetknąć się z życiem na wsi, nie mają tam rodziny. Na co dzień nie spotykają się też z lasami, łąkami czy innymi obszarami przyrodniczymi. To jak mawia Richard Louv, autor „Ostatniego dziecka lasu”,  pokolenie do cna „miejskie”, „stechnologizowane”.

O tym, że nasze dzieci uzależniają się i zapadają w stan hipnozy, oglądając czy to telewizję czy siadając przed komputerem, wiemy doskonale. Jednakże nie zawsze zdajemy sobie sprawę z tego, jak ogromna i zastraszająca jest skala tego zjawiska.

Z badań przeprowadzonych pięć lat temu przez CDC (Center for Disease Control) wynika, że dzieci między szóstym a jedenastym rokiem życia w Stanach przed monitorem spędzają średnio 30 godzin tygodniowo. Aż 40 proc. z nich staje się telewidzami już w wieku trzech miesięcy! W Europie nie jest duzo lepiej. Niemal co drugie dziecko w Unii (43 proc.) w wieku od sześciu miesięcy do sześciu lat korzystało z komputera, z czego 16 proc. spędza przed komputerem średnio 50 minut dziennie. Dzieci w wieku do trzech lat przed ekranem (zarówno komputerowym, jak i telewizyjnym) spędzają średnio ponad 1,5 godziny dziennie, w kategorii wiekowej 4 – 6 lat czas ten wynosi niemal dwie godziny! W zeszłym roku AAP (American Academy of Pediatrics) oficjalnie opublikowało zalecenie, aby dzieci poniżej dwóch lat nie oglądały telewizji wcale, a te powyżej dwóch lat nie więcej niż godzinę, góra dwie dziennie.  Alarm  ten wynika z tego, że gwałtownie wzrastają problemy zdrowotne dzieci. CDC podaje, że prawie 17 proc. amerykańskich dzieci cierpi na nadwagę. W Europie co czwarte dziecko jest otyłe, w Polsce w ciągu ostatnich 20 lat liczba dzieci z nadwagą wzrosła trzykrotnie. Problem otyłości wśród dzieci to jedno ze zjawisk, ale na tym niestety nie koniec. Światowa Organizacja Zdrowia alarmuje, że pokolenie dzieci prowadzących siedzący tryb życia jest pierwszym pokoleniem od czasów Drugiej Wojny Światowej, które ma szanse żyć krócej niż ich rodzice. Z braku ruchu dzieci zaczynają chorować na dolegliwości niezakaźne związane z ciśnieniem, pracą serca, gospodarką hormonalną. Jednak na zdrowiu fizycznym problem się nie kończy. Danym o bezruchu dzieci towarzyszą najbardziej niepokojące statystyki ze wszystkich: między 1998 a 2003 r. ilość leków antydepresyjnych przepisywanych dzieciom znacznie wzrosła, ale największy wzrost – aż o 66 proc. – odnotowano u dzieci w wieku przedszkolnym. Choć te dane pochodzą ze Stanów, wniosek, że między depresją a monitorowym trybem życia jest bezpośrednia relacja, wydaje się być oczywistym.

Dzieci pozbawione spontanicznego kontaktu z przyrodą cierpią coraz bardziej. Stres, zmęczenie uwagi skupionej, przejawiające się chociażby impulsywnością, wzburzeniem, irytacją, osłabieniem uwagi, niestety są na porządku dziennym. Jako rodzice często zaczynamy szukać różnego rodzaju sposobów, aby przeciwdziałać tego typu objawom. Jednakże nie zawsze uświadamiamy sobie, że najlepszym i w zasadzie najtańszym lekarstwem na tego typu problemy jest kontakt z przyrodą.

tree-725687_1280

Przyroda jest niedoskonale doskonała, pełna swobody i nieskończonych możliwości, z błotem i pyłem, pokrzywami i niebem, chwilami transcendentnych doświadczeń i zdartymi kolanami. Co się stanie, gdy wszystkie te elementy dzieciństwa ulegną erozji, gdy młodzi ludzie nie będą już mieli czasu ani przestrzeni na zabawę we własnym ogródku, jeżdżenie rowerem po ciemku w świetle gwiazd i księżyca, spacery przez las w stronę rzeki, leżenie w wysokiej trawie w gorące lipcowe dni, oświetleni przez poranne słońce, jak trzmiele drżące na strunach harfy? Co wtedy będzie?

Richard Louv „Ostatnie dziecko Lasu”

Co zatem, my jako rodzice, możemy robić, aby przeciwdziałać Zespołowi Deficytu Natury?

Z teoretycznego punktu widzenia odpowiedź wszyscy doskonale znamy i wiemy co robić. Ale wiedzieć to jedno, a praktykować to drugie. I o ile w przypadku noworodka i niemowlaka sprawa jest dość prosta – czyli przynajmniej dwa, długie spacery dziennie, tak w przypadku starszych dzieci wymaga to od nas większej kreatywności i mobilizacji.

Pojawia się zatem pytanie jak wygospodarować czas na kontakt z przyrodą dla naszego dziecka, jak zorganizować wspólne wyjście na łono przyrody, aby dla wszystkich (i dla dziecka i dla rodziców) było atrakcją, a nie wynikało tylko z poczucia obowiązku.

Kilka podpowiedzi i sprawdzonych przepisów na zabawy, znajdziesz w artykule: „Zielona godzina” co z nią zrobić gdy już ją masz.

Zapraszam:)

Artykuł powstał w oparciu o:

1. Richard Louv „Ostatnie Dziecko Lasu”, Grypa Wydawnicza Relacja, 2014r.
2. Materiały via Internet : nowyobywatel.pl
3. Doświadczenia własne

Skomentuj jako pierwszy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *